Kto mistrzem jest?

Uncategorized Komentarzy: 4 »

Ostatnie dni były mocno zwariowane. Zaczęło się od… meczu z Jagiellonią Białystok. Wygraliśmy i awansowaliśmy na pierwszą pozycję w tabeli. Wielka radość – wszystko podczas ostatniej kolejki było praktycznie w naszych rękach. Cieszyliśmy się w szatni ogromnie, ale już na drugi dzień rano wszyscy byliśmy bardzo skupieni i stonowani. Nie było widać radości, tylko megakoncentrację. Wszyscy wiedzieli, jaki mecz nas czeka w Krakowie, o co będziemy walczyć… W sobotę wyjechaliśmy na zgrupowanie. Wśród zawodników pojawiła się duża dawka adrenaliny. Jadąc na mecz z hoteli mijaliśmy mnóstwo, mnóstwo kibiców Śląska. Stali na ulicach, śpiewali, klaskali. To było piękne, mieliśmy ochotę natychmiast wyjść z autobusu i zagrać mecz. Mieć już to wszystko za sobą.

Wisła postawiła poprzeczkę wysoko. To przecież mistrz Polski z poprzedniego sezonu. Krakowianie nie mieli supersezonu, ale to nie znaczy, że zapomnieli, jak grać w piłkę. W Wiśle gra tyle świetnych indywidualności, że w każdej chwili ktoś mógł zagrozić bramce Kelemena. Twardy mecz i zaangażowanie z jednej i z drugiej strony. W przerwie do szatni wszedł kierownik drużyny i oznajmił, że wszystkie mecze nieco się opóźnią ze względu na burdy, które mają właśnie miejsce w Warszawie. To wprowadziło małą nerwowość, przecież takie rzeczy nie dzieją się na co dzień. Gorsza informacja napłynęła z Chorzowa, gdzie Ruch prowadził z Lechią już 2:0. Zanim wyszliśmy na drugą połowie powiedzieliśmy sobie głośno, że to ostatnie 45 minut w tym sezonie. Nie ma miejsca na kalkulacje i oszczędzanie sił. Udało się zdobyć gola i staraliśmy się wciąż grać swoje. Wytrzymaliśmy do ostatnich minut, potem Wisła miała okazję, aby pozbawić nas spełnienia marzeń. Nerwy w końcówce sięgały zenitu. Usłyszeliśmy końcowy gwizdek i wybuchła wielka radość. Zaczęło się wielkie świętowanie. Bawiliśmy się z kibicami, śpiewaliśmy. Największe wrażenie zrobili na mnie piłkarze Wisły. Ustępujący mistrzowie. Mogli po meczu normalnie iść do szatni, zamiast tego zostali, zrobili nam specjalny tunel i czekali na nas, a kiedy wywoływani przez spikera wybiegaliśmy, ci bili nam brawo. Wielki szacunek dla chłopaków – pokazali klasę i wielki charakter.

Nie zapomnę tego dnia do końca życia. To było coś niepowtarzalnego. Po meczu pojechaliśmy do hotelu i tam świętowaliśmy mistrzostwo. Długie godziny przesiedzieliśmy przy sole, przy którym omawialiśmy, co złożyło się na ten sukces. Analizowaliśmy, jak do tego wszystkiego doszliśmy i było przy tym dużo śmiechu. W trakcie tego sezonu mieliśmy dużo wzlotów i upadków. Najpierw wydawało się, że powalczymy o mistrzostwo, później mało kto jeszcze w to wierzył, a na koniec zdobyliśmy tytuł. Pamiętam, że nawet po słabych w naszym wykonaniu, przegranych meczach nie przestawaliśmy wierzyć, ciągle kalkulowaliśmy, jak wspiąć się na szczyt. Cały czas dyskutowaliśmy i spekulowaliśmy. Po meczach zostawaliśmy dłużej i podczas odnowy biologicznej rozmawialiśmy, co musimy poprawić w grze. Był taki moment, że niemal wszyscy przestali w nas wierzyć, pojawiły się różne plotki odnośnie do tych finansów w Śląsku, wtedy do szatni przyszedł prezydent miasta, Rafał Dutkiewicz, porozmawiał z nami i uspokajał nas, abyśmy nie martwili się o pieniądze. To było ważne spotkanie. Dużo lepiej wtedy poczuliśmy się, że prezydent zainteresował się naszą sytuacją. Po meczu z Polonią Warszawa zostałem zaproszony do studia Canal+. Pojechałem bronić drużynę i samego siebie. Powiedziałem tam ważne zdanie, którego też chyba nie zapomnę: “Poczekajmy, bo na koniec wszystko może się jeszcze odwrócić.” Tak się właśnie stało. Śląsk wygrał ligę.

We wtorek na wrocławskim rynku była wielka feta. Podobno były sygnały od kibiców, że można to było lepiej zorganizować, że powinniśmy zatrzymać się i wejść na scenę. Zgadza się, ale z drugiej strony nie co roku Śląsk zdobywa mistrzostwo nie jesteśmy doświadczeni, jeśli chodzi o takie masowe świętowanie. Myślę, że mimo to było świetnie. Sam dojazd ze stadionu do Rynku bardzo mi się podobał. Pełno kibiców na ulicach, ludzie machali do nas z okien. Nawet tacy starsi, którzy pewnie nie chodzą już na mecze. To było niesamowite. Ten sukces należał się wszystkim wrocławianom. Każdy na to zasłużył.

W imieniu całej drużyny dziękuję wszystkim kibicom za wsparcie przez ten cały sezon. Mam nadzieję, że w kolejnym znowu będziemy walczyć razem!

Selekcjoner wybrał najlepszych

Uncategorized Komentarzy: 20 »

Kadra, którą trener Franciszek Smuda powołał na Mistrzostwa Europy nie jest wielkim zaskoczeniem. To zawodnicy, z których selekcjoner ostatnio korzystał. Większość tych nazwisk regularnie przewijała się w mediach i wszyscy spodziewaliśmy się takich powołań. Trener wybrał najlepszych polskich zawodników. Jeśli miałbym jeszcze kogoś do reprezentacji dołączyć to byłby to Michał Żyro. Myślę, że przydałby się w kadrze, ale, po pierwsze: nie ja jestem selekcjonerem, a po drugie: miejsca na Euro są ograniczone… Lekkim zaskoczeniem dla mnie było powołanie Michała Kucharczyka. Może trochę mało go znam, jednak na jego miejsce wziąłbym Arka Piecha. Nie chcę wchodzić w kompetencje trenera Smudy, to tylko moje zdanie. Dla najmłodszych piłkarzy powołanych do kadry będzie to świetna przygoda, bez względu na to, jak naszej drużynie na turnieju się powiedzie.

Liczyłem po cichu na to, że w szerokiej kadrze znajdzie się także miejsce dla Piotra Celebana. Jest zawodnikiem, którego warto mieć w obwodzie. Jest solidnym piłkarzem, gra świetnie w obronie, a o jego atutach w ofensywie również nie trzeba nikogo przekonywać. Gdzieś tam nutka nadziei na powołanie pojawiła się, ale wszyscy podchodziliśmy do tego bardzo sceptycznie. Wierzyłem również, że trener po wyczytaniu nazwiska Adriana Mierzejewskiego odczyta moje, ale nie udało się. Bardzo tego chciałem, choć za dużo sobie nie obiecywałem. Byłem ostatnio kontuzjowany, a Śląsk nie grał już tak, jak jesienią. To na pewno wpłynęło na brak w kadrze Sebastiana Mili. Cieszę się jednak, że aż do tego momentu miałem szansę na powołanie do reprezentacji na Euro. Dziękuję trenerowi Smudzie za powołania na mecze z Bośnią i Portugalią. One pozwoliły mi uwierzyć w to, że mam jakiś cień szans na występ w Mistrzostwach. Będę oczywiście mocno kibicował naszej reprezentacji, mam nadzieję, że zajdzie jak najdalej.

Miałem nie oglądać transmisji z wyboru kadry, powiedziałem nawet w wywiadzie, że będę spał o tej porze. Nie kłamałem, miałem taki zamiar. Zawsze dzień przed meczem kładę się szybciej, żeby być wypoczętym, jednak teraz emocje nie pozwoliły mi iść spać. Byłem ciekawy nie tylko o swoja osobę. Po prostu chciałem poznać wszystkie nominacje selekcjonera.

Zejdźmy na ziemię. Śląsk walczy o mistrzostwo Polski, a ja chcę zespołowi w tym pomóc. Na dwie kolejki przed końcem zrównaliśmy się punktami z liderująca Legią. W czwartek gramy bardzo trudny mecz z Jagiellonią. Białostoczanie to zespół, który nie położy się przed nami. Ktoś powie, że Jaga już o nic w tym sezonie nie walczy, ale w meczu z nami to będzie jej atutem. Nasz rywal zagra na luzie, to my musimy wygrać. My będziemy pod presją, a oni zagrają bez obciążeń. Cieszę się, że Śląsk do końca umiał się pozbierać po tych nieudanych, przegranych i zremisowanych meczach. W drużynie jest dobra atmosfera i wciąż tworzymy kolektyw. Zostały nam do końca sezonu dwa mecze, w których walczymy o pełną pulę.

Nie pamiętam, żeby nasza liga na dwie kolejki przed końcem była tak ciekawa. Pięć drużyn ma szanse na mistrzostwo! Zazwyczaj na końcu zostawały maksymalnie dwie ekipy walczące. Każda z czołowych drużyn to solidny zespół. Nie ma mowy o żadnych przekrętach czy korupcji. Wszyscy doszli do tego miejsca swoją dobra grą. Śląsk bije się o czołowe miejsca drugi sezon z rzędu. W ubiegłym roku wywalczyliśmy wicemistrzostwo, a dziś apetyt jest jeszcze większy. To nie jest jednak łatwe, żeby rok w rok bić się o mistrzostwo. Nie mamy jeszcze takiej marki jak Lech, Legia czy Wisła. Na zakończenie powiem tylko jedną rzecz. Pięć drużyn walczy o mistrzostwo. Jestem pewny, że tytuł zdobędzie zespół, który wygra oba najbliższe mecze.

PS. Drodzy kibice! Oprócz szczęścia i umiejętności potrzebujemy teraz waszego wsparcia. Razem walczymy o sześć punktów!

Kiedy puszczają nerwy

Uncategorized Komentarzy: 9 »

Piłkarze na boisko wychodzą bardzo spokojni i opanowani, dopiero później, kiedy już mecz się toczy, kibice, sędzia czy przeciwnik, potrafią doprowadzić do takiej sytuacji, że zawodnik staje się nerwowy i często zaczyna tracić głowę. Wtedy dojść może do głupich i niewyjaśnionych sytuacji. Często zawodnicy nie wiedzą, czemu coś zrobili, emocje biorą górę, presja jest duża i nerwy puszczają.

Czasem prowokują też przeciwnicy. Nie raz jednak jest tak, że przyczyną agresji piłkarza są jakieś nieudane akcje, zagrania, straty piłki. Wtedy wystarczy takiego zawodnika lekko rozdrażnić, sędzia chociażby może potraktować go w arogancki sposób. Piłkarze najczęściej prowokują słownie. Nikt tego nie słyszy, często używa się wtedy wulgarnych czy obraźliwych słów i to nie tylko względem ciebie, ale też względem twojej rodziny, twojej żony, dziewczyny, twoich dzieci, mamy, religii, koloru skóry… Poza tym prowokować można też przez kopnięcia, szczypanie się, stawanie komuś na stopy, ciągnięcie za włosy, za ucho – to są rzeczy, które tak rozdrażniają, że masz ochotę się zrewanżować, kiedy sędzia nie widzi. W dzisiejszych czasach sytuacja wygląda jednak tak, że kamery są wszędzie, a grę zawodników analizuje się po meczu i można zawodnika za takie zachowanie zawiesić. To rzeczywiście znacznie ogranicza takie ekscesy, ale one dalej są, nie ma się co oszukiwać.

Samemu też oczywiście zdarzyło mi się być ofiarą takich prowokacji. Powiedziałbym wręcz, że zdarza się to często. Ja jednak też nie jestem święty i sam takie rzeczy robiłem. W naszej lidze z pewnością wielu jest ostro i twardo grających zawodników, ale z drugiej strony widać też, że jest wśród piłkarzy duży szacunek względem przeciwnika. Twarda gra nie musi być równoznaczna z grą nie fair. To jest naprawdę wielka sztuka. Częściej jednak gra się twardo i chamsko, atakuje się nogi, doprowadza się do gry łokciem i brutalnych posunięć.

Pamiętam, że kiedy grałem w Grodzisku, był taki piłkarz, Mariusz Pawlak, grał w Polonii Warszawa. Ten zawodnik grał bardzo twardo, ale przy tym bardzo fair. Nie dał sobie w kaszę dmuchać, ale miał w tym jakąś dostojność. Innym przykładem takiego zawodnika był Wojtek Szala. Marcin Wasilewski także jest tego typu graczem. Na takie osoby patrzy się inaczej, z szacunkiem.

Z bardziej brutalnych zawodników przypominają mi się jeszcze Jacek Bąk i Tomek Hajto – kiedy za młodu przyjeżdżałem na reprezentację, granie przeciwko nim było dla mnie wielką szkołą, dzięki nim naprawdę się zahartowałem.

Twardo i fair grał też Michał Probierz. Pamiętam to jak dziś. Graliśmy wtedy na siebie, bo on grał na prawej pomocy. Teraz Michał jest trenerem. Często po kilku agresywnych ekscesach z przeszłości z udziałem jakiegoś konkretnego piłkarza, ma się w głowie czerwoną lampkę przed kolejnym spotkaniem z tym zawodnikiem. Najczęściej iskrzy w pojedynkach jeden na jeden. Jeśli w przeszłości ktoś zaszedł ci za skórę agresywną grą i udało mu się grać lepiej, to do kolejnego meczu podejdziesz z większym zacięciem na tę osobę, poszukasz na niego sposobu, będziesz chciał mu pokazać. Każdy piłkarz ma chyba w głowie jakąś “czarną listę” takich zawodników, którzy szczególnie nadepnęli mu na odcisk. Muszę się przyznać, że na swojej “czarnej liście” mam jednego szczególnie wyróżniającego się agresywnego piłkarza, który zawsze działa mi na nerwy.

Patrząc z drugiej strony – żółte kartki łapię najczęściej za dyskusje z trenerem. Najbardziej nie lubię, kiedy sędzia zachowuje się w stosunku do mnie lekceważąco, to mnie zdecydowanie wyprowadza z równowagi. Próbuję często sędziemu udowodnić, że popełnił błąd, taka jest w końcu rola kapitana. To się często kończy kartką. Innym powodem otrzymywania żółtych kartoników jest zbyt szybkie wznawianie przeze mnie gry. Za faule łapię je też stosunkowo często, choć w ataku tych okazji by faulować jest zdecydowanie mniej.

Nigdy w swojej karierze nie otrzymałem natomiast żadnej bezpośredniej czerwonej kartki. Jedyny raz zobaczyłem czerwony kartonik po dwóch żółtych. Było to w meczu Lechii z Siarką Tarnobrzeg. Trenerem Lechii Gdańsk był wówczas pan Szukiełowicz. Najzabawniejsze jest to, że dostałem wtedy dwie żółte kartki, jedną w pierwszej połowie, a drugą w drugiej, obie za zagranie ręką! To było dość perfidne zagranie z mojej strony, ponieważ dwa razy złapałem po prostu piłkę w ręce, kiedy ktoś obok mnie próbował ją kopnąć. Ciekaw jestem, czy trener jeszcze to pamięta…

O kontuzjach słów kilka

Uncategorized Komentarzy: 3 »

Kontuzja dla piłkarza to chleb powszedni. Każdy sportowiec prędzej czy później, z różnych powodów doznaje jakiegoś urazu. Są więksi szczęściarze, którzy mają krótką przerwę w grze, ale zdarza się, że poważniejszy uraz potrafi skrócić karierę temu, który tyle szczęścia nie miał. Czy takie piłkarskie L4 to fajna rzecz? Niezupełnie…

Jeśli chodzi o mój aktualny uraz, doszło do niego podczas meczu w Bielsku-Białej. Około 20. minuty poczułem ból w nodze, w okolicy mięśnia dwugłowego z tyłu nogi. Z każdą chwilą ból był coraz silniejszy, aż w pewnym momencie po prostu nie mogłem już biegać. Musiałem dość szybko opuścić boisko, a późniejsze badania wykazały, że naderwałem mięsień. Potrzebna była rehabilitacja. Czwartkowa wizyta u specjalisty ma wykazać, jaki jest stan nogi i ile jeszcze może potrwać moja przerwa w grze.

Bywały jednak gorsze kontuzje. Najgorszą, jaką pamiętam, to ta z 2009 roku, której doznałem w meczu z Arką Gdynia. Naderwałem więzadła i pauzowałem przez to dwa i pół miesiąca. To był bardzo trudny czas. Przeszedłem przez żmudne rehabilitacje i byłem daleko od piłki. Codzienne wyjścia na zabiegi, monotonne treningi. Kiedy miałem unieruchomione kolano, osłabiłem, co jest rzeczą normalną, mięsień czworogłowy. Trzeba go napinać specjalnymi ćwiczeniami, leżąc. Najgorsze, że po takich ćwiczeniach nie widać specjalnych efektów, a to na pewno nie działa budująco na piłkarza, który nie może doczekać się powrotu na boisko. Nie jest też łatwo, gdy wraca się na boisko po długo leczonej kontuzji, nogi drżą i myśli się głównie o tym, czy jest się już gotowym w pełni. W każdej chwili coś może się wydarzyć albo okazać, że podczas leczenia osłabiło się inne mięśnie, który właśnie teraz mogą nie dać rady.

Jeśli komuś wydaje się, że piłkarz kontuzjowany to taki, który ma wolne i leży w domu przed telewizorem, to nieco się myli. W rzeczywistości codziennie przychodzi się do klubu wcześnie rano, jeszcze przed drużyną, bo wtedy fizjoterapeuta może poświecić czas właśnie tobie. Potem są zabiegi; lasery, prądy, pole magnetyczne, wszelkie zabiegi wodne, okładanie lodem, nagrzewanie i tak dalej. Następnie ćwiczy się te partie mięśni, które nie bolą, żeby nie obciążać zbytnio chorej nogi. Później powrót do fizjoterapeuty, który bolące miejsce masuje i naciska. Jeśli jest taka potrzeba, wciera także przeciwbólowe maści. Tak wygląda dzień piłkarza kontuzjowanego. Przychodzi dwie godziny przed wszystkimi i wychodzi z klubu dwie godziny po wszystkich. Nie jest więc tak fajnie mieć jakiś uraz. Leżysz i myślisz, kiedy wrócisz, co źle zrobiłeś i tym podobne. Wielkość zawodnika polega jednak również na tym, jak poradzi sobie na boisku po kontuzji i jak szybko wróci do wysokiej formy.

Najgorsza kontuzja dla piłkarza? Nie można wybrać najgorszej, każda jest zła. Bardzo poważny uraz to na przykład zerwanie więzadeł krzyżowych. Na taki uraz jakiś czas temu cierpiał Jarek Fojut. Wszyscy pamiętają, na jak długo wyłączyło go to z gry. Żmudna rehabilitacja i proces odbudowy mięśnia, który nie regeneruje się w kilka dni. Inna poważna kontuzja to ta, którą przecierpiał Łukasz Gikiewicz, kiedy złamał nogę. Kibice sami widzieli, jak wtedy cierpiał i pamiętają, ile trwała jego przerwa. Kto by pomyślał, że poważną kontuzją dla piłkarza może być wybity bark? To również jedna z tych gorszych kontuzji, która bardzo mocno przeszkadza w bieganiu. Uciążliwa przy leczeniu i wyłączająca z wszelkich treningów z drużyną. Podobnie rzecz ma się przy złamaniu żeber – nie można nic zrobić! Kiedyś bardzo często kontuzją wyłączającą wielu piłkarzy z gry były zwykłe odciski na stopach. Śmieszna sprawa. Teraz na szczęście są inne buty, każdy może wybrać sobie obuwie spośród wielu różnych modeli, kiedyś było z tym gorzej i bolesne odciski były codziennością.

Nie ma sposoby, żeby uniknąć jakichkolwiek urazów. Są jednak przyjemności, których piłkarze powinni unikać, odpuścić sobie. Sam na przykład jeździłem kiedyś na nartach i spodobało mi się to zajęcie, ale niestety, będąc piłkarzem nie warto być narciarzem. Podobnie mają ci, których kręci jazda na motorze, oni też powinni o tym zapomnieć. Można wiele przez to stracić. Cały czas jesteśmy na kontraktach i dostajemy pieniądze czy gramy, czy nie gramy, ale uwierzcie mi, że kontuzje to nie jest nic przyjemnego.

PS. Mieliśmy dziś spotkanie z prezydentem miasta. Pan Rafał Dutkiewicz umówił się z nami i przyjechał do klubu. Podczas klubu prezydent opowiedział nam o sytuacji finansowej zespołu i wyjaśnił, że miasto zajmie się klubem, Śląsk nie zostanie sam. Powiedział, że pieniądze w najbliższym czasie zostaną wypłacone. Pan Dutkiewicz wspomniał również o tym, że będzie z nami na dobre i na złe, to było bardzo miłe, te słowa świetnie wpłynęły na drużynę. To był bardzo pozytywny i motywujący sygnał.

Strzelisz na pewno?

Uncategorized Komentarzy: 6 »

Zwycięstwo z Bełchatowem było dla nas szalenie ważne. To był bardzo trudny mecz. Każdy z pozostałych pięciu meczów będzie wyglądał podobnie – będą obfitować w emocje i będą wymagały ogromnego nakładu sił. Jestem zadowolony, że w spotkaniu z GKS-em zespół oddał całe serce na boisku. Szczerze mówiąc, odwaliliśmy kawał dobrej roboty, bo nie był to mecz, który łatwo było wygrać. Każdy dał z siebie maksimum i myślę, że to jest dobra wróżba na kolejne pojedynki.

Chciałbym na chwilę wrócić jeszcze do sytuacji z ostatniego spotkania, a konkretnie do momentu rzutu karnego dla Śląska, kiedy to wziąłem piłkę, chciałem ustawić ją na jedenastce i podbiegł do mnie Diaz. Na rozgrzewce przed meczami trener zawsze każe strzelać zawodnikom, którzy są wyznaczeni do rzutów karnych, podobnie rzecz wygląda przed treningiem, jest to taki nasz rytuał, który cały czas praktykujemy. W czasie meczów natomiast my, piłkarze “od karnych”, podchodzimy do siebie i wspólnie podejmujemy decyzję, który z nas ma strzelić. Diaz podbiegł więc do mnie i spytał, czy mógłby wykonać karnego, bo czuł się dobrze i pewnie. Zawsze wtedy zadaję jedno pytanie: “ale strzelisz na pewno?”. Diaz zawsze wtedy mówi: “tak, na pewno strzelę, na sto procent!”. Kiedy padają takie słowa, to nie ma się nad czym zastanawiać, Diaz potrafi dobrze strzelać karne, ma instynkt strzelecki i na treningach również pokazywał, że ma dobrze ułożoną nogę i chce strzelać bramki.

Nie jestem zawodnikiem, który miałby mu zabrać ten rzut i na upartego robić to samemu. Najważniejsze jest dobro zespołu. Diaz w ostatnim spotkaniu z Cracovią również strzelił pewnie, więc jak już mówiłem – nie było się co zastanawiać. Nie mam jakiegoś pierwszeństwa w strzelaniu karnych. Jest natomiast tak, że jeśli żaden z zawodników nie będzie chciał strzelać, to ja to oczywiście zrobię. To jest też pewna alternatywa dla reszty – obojętnie, co by się nie działo, zawsze ja mogę podejść do karnego, nie ma z tym problemu.

W zasadzie w każdym klubie byłem brany pod uwagę w rzutach karnych, w Austrii także zdarzało mi się strzelać, ale dopiero w Śląsku stałem się “etatowym” zawodnikiem od karnych. Pamiętam swój pierwszy mecz dla WKS-u, kiedy graliśmy sparing bodajże z Miedzią Legnica, tam strzeliłem swoją pierwszą bramkę z rzutu karnego. Od początku wiedziałem więc, że istnieje taka możliwość, że będę brany pod uwagę w stałych fragmentach gry. Mam świadomość, że jest to moja mocna strona.

Nigdy jednak jakoś specjalnie nie ćwiczyłem strzelania karnych. Raczej przy okazji rzutów wolnych koncertowałem się na tym, żeby noga była dobrze ułożona i pewna. Kiedy to się wypracuje, to niezależnie od tego, czy strzelasz z karnego, z rożnego, czy z wolnego, trafiasz dokładnie tam, gdzie chcesz.

Przy karnym zawsze jednak istnieje dodatkowa gra nerwów, emocje rosną, pojawia się presja, co nieco utrudnia sytuację. To zawsze jest loteria, można mieć dobrze ułożoną nogę, ale jeśli nerwy wezmą górę, to może zupełnie nic z tego nie wyjść. Łatwiej strzela się karne, kiedy jeszcze jest 0:0 lub kiedy się wygrywa. Gorzej, jeśli ma to być gol, od którego wiele zależy. Wina za przegrany mecz może spaść na ciebie, a presja jest ogromna. Wydaje mi się, że najważniejsza w takich chwilach jest umiejętność opanowania stresu. Sukces w futbolu w dużej mierze opiera się na dobrym nastawieniu do meczów i do treningów. Postawa umysłu jest tu kluczem.

Gdyby nam się trafił karny z Podbeskidziem – i oby tak było – chciałbym oczywiście do niego podejść. Jeśli jednak któryś z zawodników będzie czuł się pewnie, bez żalu ustąpię – tak, jak pisałem, dobro zespołu jest najważniejsze.

Mecz z Podbeskidziem nie będzie łatwy, jak zawsze liczymy więc na wsparcie kibiców.

 

Hej Śląsk!

 

WP Theme & Iconki autorstwa N.Design Studio, tłumaczenie: Szablony Wordpress
Wpisy RSS Komentarze RSS Log in